Opieka nad dzieckiem — jak korzystać jako ojciec i nie mieć wyrzutów sumienia

„Maciek, nie mogę jutro wziąć opieki na Małego, bo szef mnie zje” – usłyszałem kiedyś od znajomego ojca. Żona była na skraju sił, dziecko miało gorączkę, a on czuł, że jedyne, co może zrobić, to dłużej posiedzieć w pracy, „żeby nie szefować”. Paradoks polegał na tym, że z punktu widzenia przepisów wszystko było jasne: miał prawo wziąć dzień opieki nad dzieckiem. To, co go blokowało, działo się w środku – w głowie, w przekonaniach, które wielu z nas nosi od lat.

Ten tekst jest o tym, jak jako ojcowie możemy korzystać z prawa do opieki nad dzieckiem, nie traktując go jak nadużycia czy fanaberii. I znowu – nie jest to poradnik prawny, tylko perspektywa ojca dwójki dzieci, który sam walczył z wyrzutami sumienia, kiedy po raz pierwszy dzwonił do szefa z informacją, że dziś nie przyjdzie, bo Krzyś ma 39°C i patrzy na niego błagalnym wzrokiem znad kołdry.

Opieka nad dzieckiem to prawo, a nie łaska

Z punktu widzenia przepisów dni opieki nad dzieckiem są jednym z podstawowych uprawnień rodzica. W wielu firmach funkcjonują wręcz pod skrótową nazwą „opieka”. W praktyce bywa tak, że korzystają z nich głównie mamy. Część ojców nawet nie wie, że też może. A część wie, ale czuje, że „nie wypada”.

Kiedy pierwszy raz brałem opiekę na Krzysia, czułem się tak, jakbym robił coś zakazanego. W głowie miałem zdania: „przecież żona też mogłaby zostać”, „mamy ważny projekt”, „co powiedzą koledzy z zespołu”. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jeśli nie ja, to kto? To ja byłem tym, którego synek wołał z łóżka. Ja byłem tym, który mógł spędzić ten dzień, czytając mu książki i trzymając za rękę przy inhalacji.

Prawo daje nam narzędzie. To, co z nim zrobimy, zależy od nas. Jeśli traktujemy opiekę jak coś „dla mam”, to sami sobie odbieramy szansę na ważne chwile z dzieckiem. Jeśli widzimy w tym normalny element bycia rodzicem, łatwiej nam stanąć przed szefem i powiedzieć: „Dziś mnie nie będzie, biorę opiekę na dziecko”.

Rozmowa z przełożonym – jak ułożyć komunikat

Kluczowy moment to telefon albo rozmowa z szefem. To wtedy ścierają się nasze prawo i nasze lęki. Z mojego doświadczenia wynika, że pomaga kilka prostych zasad:

  • Konkretny komunikat – zamiast tłumaczyć się na trzy strony, warto powiedzieć jasno: „Moje dziecko jest chore, dziś zostaję z nim w domu, korzystam z przysługującej mi opieki”.
  • Propozycja rozwiązania – jeśli możesz, dodaj, co zrobisz, żeby zminimalizować skutki Twojej nieobecności: „Rano prześlę krótkie podsumowanie stanu projektu”, „Jestem dostępny telefonicznie w sprawach pilnych”.
  • Spokojny ton – im bardziej przepraszasz, tym bardziej wysyłasz sygnał, że robisz coś niewłaściwego. A przecież korzystasz z prawa, nie z „litości przełożonego”.

Pamiętam sytuację, kiedy Zosia złapała rotawirusa i dosłownie z godziny na godzinę wszystko się posypało. Żona była po kilku nieprzespanych nocach, ja miałem w głowie ważne spotkanie. Zdecydowałem się wziąć opiekę. Zadzwoniłem do szefa, powiedziałem, jak jest. Odpowiedział krótko: „Jasne, daj znać, jeśli będziesz potrzebował wsparcia przy przerzuceniu zadań”. I potem dodał coś, co zapamiętałem na długo: „Te rzeczy w pracy się jakoś zawsze ułożą. Dzieci tak szybko rosną, że jak nie wykorzystasz takich dni teraz, to potem nie nadrobisz”.

Opieka nie tylko przy chorobie

W praktyce wielu ojców sięga po opiekę tylko, gdy dziecko jest naprawdę chore. Tymczasem dni te mogą być bezcennym narzędziem także w innych sytuacjach: adaptacji w przedszkolu, trudnym czasie emocjonalnym, ważnych wizytach u specjalistów. Krzyś przeżywał mocno swój start w pierwszej klasie. Pierwsze dni były pełne napięcia, brakuje kolegów z przedszkola, nowe zasady, nowa pani. Zdecydowałem się wtedy wziąć dzień opieki, choć formalnie „nic mu nie było”. Spędziliśmy go razem: rano spokojne wyjście do szkoły, potem mój powrót po lekcjach, wspólna rozmowa o tym, co najtrudniejsze.

To był dzień, który dużo nam dał. Gdyby patrzeć tylko przez pryzmat paragrafów i tego, „czy wypada”, pewnie bym go sobie odebrał. A tak – zbudowaliśmy coś między sobą. Czasem opieka to nie tylko termometr i syrop. To bycie blisko, gdy dziecko mierzy się z czymś większym niż katar.

Wyrzuty sumienia – co z tym zrobić?

Wyrzuty sumienia mają dwa kierunki. Z jednej strony pojawia się myśl: „Zawiodłem szefa, zespół, klientów”. Z drugiej – „Zawiodłem dziecko, bo nie byłem przy nim, kiedy mnie potrzebowało”. Niestety często wybieramy to pierwsze, bo jest bardziej „wymierne”: projekt, deadliny, maile. Dziecko jakoś zawsze się „dopasuje”.

Dla mnie przełomem było proste pytanie: „Kto oprócz mnie może zająć się tym zadaniem?”. W pracy zwykle jest choć kilka osób, które mogą przejąć część moich obowiązków. W domu – jeśli to ja jestem ojcem, mężem, to naprawdę trudno o kogoś, kto mnie „zastąpi”. Oczywiście, że mamy babcie, żłobki, nianie, przedszkola. Ale rola taty jest niepodrabialna.

To nie znaczy, że mamy teraz brać opiekę przy każdej drobnej infekcji. Chodzi raczej o zmianę perspektywy: z „robię coś złego wobec firmy” na „wypełniam swoją odpowiedzialność jako ojciec, korzystając z narzędzia, które daje mi prawo”. A potem o szczerą rozmowę z samym sobą: w jakich sytuacjach naprawdę chcę być przy dziecku, nawet jeśli coś za to zapłacę zawodowo.

Planowanie z wyprzedzeniem

Nie każde użycie opieki da się zaplanować. Dzieci mają tę cudowną zdolność chorowania zawsze wtedy, kiedy w kalendarzu mamy najważniejsze spotkanie miesiąca. Ale część rzeczy da się przewidzieć. Pierwsze dni w przedszkolu, trudniejsze wizyty lekarskie, ważne wydarzenia w życiu dziecka – to są momenty, kiedy możemy z wyprzedzeniem uprzedzić szefa, że być może będziemy potrzebowali dnia wolnego.

Kiedy Krzyś zaczynał przedszkole, usiadłem z kalendarzem i rozpisałem sobie pierwsze tygodnie. Z góry założyłem, że w razie kryzysu będę chciał być z nim w domu. Porozmawiałem o tym w pracy. Dzięki temu, gdy przyszedł moment, w którym naprawdę tego potrzebował, nikt nie był zaskoczony. To nie usuwa stresu, ale bardzo go zmniejsza.

Na koniec – o czym chcesz pamiętać za kilka lat?

Za kilka lat nikt w Twojej rodzinie nie będzie pamiętał, czy wziąłeś opiekę 25 marca czy 26 marca, czy zadania w firmie były zrobione w poniedziałek czy środę. Dzieci będą za to pamiętały, czy byłeś przy nich, kiedy miały gorączkę, kiedy bały się pierwszego dnia w nowym miejscu, kiedy świat był dla nich za duży. Ty sam też będziesz pamiętał raczej zapach małej, gorącej głowy na Twoim ramieniu niż kolejny raport w Excelu.

Prawo pracy nie rozwiąże za nas wszystkiego. Ale daje nam realne, konkretne narzędzia, po które możemy sięgnąć. Jeśli zrobimy to z intencją troski – o dziecko, o żonę, o siebie – może się okazać, że najtrudniejszym krokiem nie jest złożenie wniosku o opiekę, tylko wykonanie telefonu do szefa. A potem… po prostu bycie tatą. Z termometrem, kubkiem herbaty i cierpliwością, której uczymy się razem z naszymi dziećmi.

Podobne wpisy