Urlop macierzyński dla ojca — kiedy to możliwe i jak wygląda w praktyce
Kiedy mówimy „urlop macierzyński”, większość ludzi odruchowo widzi mamę z noworodkiem na rękach. Ojciec pojawia się gdzieś w tle: może przywozi zakupy, może montuje łóżeczko, może od czasu do czasu przejmie dziecko, żeby mama mogła się wykąpać. Sam przez długi czas miałem właśnie taki obraz w głowie. Dopiero kiedy urodziła się Zosia, zacząłem mocniej drążyć temat i odkryłem, że istnieją sytuacje, w których to ojciec może przejąć część urlopu macierzyńskiego.
Ten tekst nie jest prawniczym komentarzem do konkretnych artykułów ustawy. To raczej opowieść o tym, co się dzieje w środku faceta, który z poważną miną mówi szefowi: „Chcę przejąć część urlopu macierzyńskiego i zostać z dzieckiem w domu”. I o tym, dlaczego w ogóle warto rozważyć taki scenariusz, nawet jeśli ostatecznie zdecydujecie inaczej.
Skąd w ogóle pomysł, że to ojciec może wziąć „macierzyński”?
Z prawnego punktu widzenia (w zależności od konkretnego stanu prawnego w danym momencie) istnieje możliwość przeniesienia części urlopu macierzyńskiego na ojca dziecka. Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy mama rezygnuje z dalszej części urlopu i wraca do pracy, a ojciec przejmuje opiekę. W praktyce jednak niewielu mężczyzn z tego korzysta. Głównie dlatego, że… mało kto w ogóle wie, że taka opcja istnieje, albo uważa ją za „egzotykę”.
W naszym przypadku rozmowa na ten temat pojawiła się w momencie, kiedy Zosia miała kilka miesięcy. Moja żona dostała ciekawą propozycję zawodową, która wymagała wcześniejszego powrotu do pracy. Ja z kolei miałem wtedy okres trochę spokojniejszy zawodowo. Zaczęliśmy się zastanawiać: czy to ja nie mógłbym przejąć części urlopu i zostać z Zosią w domu na dłużej? Sam pomysł wydawał się trochę szalony, ale jednocześnie bardzo pociągający.
Emocje ojca – duma, lęk i… wstyd
Na poziomie deklaracji mówimy często: „ja to bym chętnie został w domu z dzieckiem”. Ale kiedy pojawia się realna możliwość, wychodzą na wierzch różne historie w głowie. „Co powiedzą w pracy?”, „Czy nie będę postrzegany jako mniej ambitny?”, „Czy nie będę tym dziwnym, który zamiast robić karierę siedzi w domu?”. Do tego dochodzi lęk bardzo praktyczny: „Czy dam radę?”.
Pamiętam, jak pewnego wieczoru siedziałem przy łóżeczku Zosi i próbowałem sobie wyobrazić te tygodnie, kiedy to ja jestem z nią od rana do wieczora. Usypianie, karmienie, spacery, sprzątanie, pranie, ogarnianie domu. Z jednej strony czułem ogromną radość na samą myśl, że mógłbym ją tak dobrze poznać. Z drugiej – lęk, że utonę w tym wszystkim i stracę grunt pod nogami.
Do tego dochodził wstyd. Tak, wstyd. Bo choć brzmi to absurdalnie, wciąż w wielu środowiskach „prawdziwy facet” to ten, który „tyra”, a nie ten, który „siedzi z dziećmi”. Zrozumienie, że to też jest praca – i to bardzo ważna – zajęło mi trochę czasu. I bardzo pomogły rozmowy z innymi ojcami, którzy wcześniej przeszli podobną drogę.
Rozmowa w domu – to decyzja dwojga
Urlop macierzyński dla ojca nie jest tylko decyzją o paragrafach. To przede wszystkim decyzja o tym, jak chcemy ułożyć nasze małżeństwo, nasze domowe role i naszą codzienność. W naszym przypadku kluczowa była dłuższa rozmowa wieczorem, kiedy dzieci wreszcie zasnęły. Zastanawialiśmy się z żoną, co nam to da, a co odbierze.
Plusy były oczywiste: więcej czasu z Zosią, szansa na wyrównanie tego, że przy Krzysiu byłem dużo mniej obecny, bo byłem pochłonięty rozwijaniem firmy. Możliwość, że żona skorzysta z ciekawej propozycji zawodowej, zamiast ją odkładać „na lepsze czasy”. Minusów też nie brakowało: lęk o finanse, o to, jak zareaguje mój zespół, o to, jak ja sam zniosę tak długie bycie „poza obiegiem” w pracy.
To, co było ważne, to nazwanie wprost, że cokolwiek wybierzemy, będzie miało konsekwencje. I że decydujemy razem. Bo bardzo łatwo wpaść w pułapkę, w której jedna strona mówi: „to ty zostań”, a druga: „no dobrze, skoro muszę”. Tymczasem chodzi o wspólną decyzję, w której oboje bierzemy odpowiedzialność za jej skutki.
Rozmowa z pracodawcą – konkret i szacunek
Kiedy już z żoną ustaliliśmy, że chcemy realnie rozważyć przejęcie części urlopu, przyszedł czas na rozmowę w pracy. Przygotowałem się do niej dużo bardziej niż do wielu negocjacji z klientami. Sprawdziłem przepisy (na tyle, na ile to możliwe w tamtym czasie), wypytałem znajomego prawnika, porozmawiałem z kadrową. Chciałem wejść do gabinetu szefa nie z mglistym „coś bym chciał”, tylko z konkretem: w jakim okresie, na jak długo, jakie są opcje.
Ku mojemu zaskoczeniu reakcja była znacznie bardziej życzliwa, niż się obawiałem. Oczywiście pojawiły się pytania: jak to wpłynie na projekty, kto przejmie część obowiązków, czy nie można tego zrobić później. Ale jednocześnie usłyszałem też: „Rozumiem, dlaczego to dla ciebie ważne. Zobaczmy, jak możemy to ułożyć”.
To mnie nauczyło ważnej rzeczy: kiedy traktuję swoją rolę ojca poważnie i potrafię o niej mówić z szacunkiem (także dla pracy), ludzie częściej reagują z szacunkiem, niż z kpiną. A jeśli trafiam na kpinę – to jest to ważna informacja o środowisku, w którym na co dzień działam.
Codzienność taty na „macierzyńskim”
Wyobrażenie a rzeczywistość to dwie różne historie. Wyobrażałem sobie spokojne spacery z wózkiem, czytanie książek, drzemki dziecka, podczas których będę nadrabiał zaległości w mailach. Rzeczywistość była pełna zasikanych śpiochów, niedojedzonych śniadań i maili odpisywanych jedną ręką w przerwach między uspokajaniem płaczu. Ale była też pełna chwil, których nie zamieniłbym na żadną prezentację przed zarządem.
Zosia zasypiająca na mojej klatce piersiowej po długim marudzeniu. Pierwsze świadome uśmiechy, pierwsze sylaby, pierwsze próby przewrócenia się na bok. To wszystko przeżywałem nie tylko „po pracy”, ale w środku dnia. Czułem, jak nasze więzi się zagęszczają. I choć bywałem zmęczony jak nigdy dotąd, to na bardzo głębokim poziomie wiedziałem, że to jest czas, który buduje fundament na całe życie.
Co z karierą, pieniędzmi, ambicjami?
Nie udaję, że decyzja o przejęciu części urlopu macierzyńskiego przez ojca jest neutralna dla kariery. Być może coś cię ominie. Jakiś projekt, konferencja, szkolenie. Być może ktoś inny wskoczy na miejsce, które wydawało ci się „twoje”. Tak, to bywa trudne. Jednocześnie warto zadać sobie pytanie: w jakim kierunku tak naprawdę chcesz, żeby szło twoje życie?
Kiedy rozmawiam z ojcami, którzy decydowali się na taki krok, słyszę często podobne zdania: „Nie żałuję”, „To był trudny, ale ważny czas”, „Kariera i tak się później jakoś poukładała, a te chwile z dzieckiem już by nie wróciły”. Nie mówię tego po to, żeby kogokolwiek przekonywać czy nawracać. Raczej po to, żeby pokazać inną perspektywę niż ta dominująca: że każdy „wybryk” wobec standardowej ścieżki zawodowej oznacza katastrofę.
Sprawdź przepisy i podejmij własną decyzję
Na koniec ważne zastrzeżenie: przepisy dotyczące urlopów rodzicielskich zmieniają się. To, co było możliwe w latach 2012–2016, dziś może wyglądać inaczej. Dlatego zanim podejmiesz decyzję, koniecznie sprawdź aktualny stan prawny lub porozmawiaj z kimś, kto się na tym zna. Ten tekst ma cię zainspirować do zadawania pytań, a nie zastąpić rzetelnej informacji.
Najważniejsze pytanie, jakie możesz sobie zadać, brzmi: „Jaką historię o sobie jako ojcu chcę opowiadać za kilka lat?”. Czy chcę powiedzieć: „Byłem w pracy, kiedy moje dziecko stawiało pierwsze kroki”, czy raczej: „Byłem przy nim, kiedy uczyło się chodzić, mówić, śmiać się z najprostszych rzeczy”. Odpowiedź nie zawsze będzie prosta. Ale warto ją usłyszeć – w ciszy, z kubkiem kawy w ręku, patrząc na śpiącego malucha. Bo może się okazać, że przepisy, których nazwy brzmią sucho i urzędowo, są w praktyce bramą do zupełnie innego doświadczenia ojcostwa.
